Damy radę…

Jak już pewnie zauważyliście, Nowa Zelandia zauroczyła nas od samego początku (no może poza przywitaniem z celnikami na lotnisku :). Z każdym kolejnym dniem zwiedzania tego kraju chcieliśmy zobaczyć więcej i więcej. Jeszcze przed wylądowaniem założyliśmy sobie bardzo ambitny plan, który chcieliśmy zrealizować za wszelką cenę. Umówiliśmy się nawet, że jeśli któryś z nas zachoruje to nie robimy przerwy tylko zwiedzamy dalej.

Nowa Zelandia pomimo tak pięknych widoków podczas tzw. Greate walk, ma także mankamenty. Jednym z nich jest wcześniejsza konieczność rezerwacji noclegów w parkach narodowych. Poza sezonem z reguły miesiąc wcześniej, ale na niektóre trasy czasami i to nie wystarczy. Liczba noclegów jest oczywiście ograniczona i władze parków kontrolują w ten sposób liczbę zwiedzających. O cenach nie wspominamy, ale są typowo nowozelandzkie. A my odwykliśmy przez ostatnie miesiące od rezerwowania czegokolwiek, tym bardziej z takim wyprzedzeniem. Czyli co nam pozostaje? Zamiast iść na spokojnie jakąś trasą przez 2-3 dni rozkoszując się po drodze widokami, trzeba wybrać opcję alternatywną, czyli pobudka o świcie, jednodniowy trek idąc najdalej jak się da i wracamy tą samą trasą przed zachodem słońca. Opcja ta jest wprost proporcjonalnie hardcorowa do tego ile chce się zobaczyć. Czyli dla nas z reguły było to ponad 20 km marszu dziennie (czasami więcej).

Zbliżając się do słynnej Golden Bay cieszyliśmy się niesamowicie, że wszystko idzie zgodnie z planem, że mamy dobrą pogodę i kilka dni na zwiedzenie okolicy. Tym bardziej, że jak się okazało, okolica jest niesamowita, zaczynając od połaci traw, utulonych do snu przez wiatr drzew, poprzez stada wypasionych owiec (czyt. na początku myśleliśmy, że są w ciąży, ale żeby tak wszystkie naraz..), skarpy, klify, a kończąc na plażach pełnych klimatycznych skał i … złocistego piasku. Jakżeby inaczej, przecież to Golden Bay czyli złota zatoka. Złocisty piasek był rozsiany po plaży z taką dokładnością, jakby ktoś obliczył gdzie ma dokładnie być położony, a potem go tam przykleił. Na zdjęciach pewnie nie będzie tego widać – a może ktoś się dopatrzy 🙂

I wszystko byłoby jak w bajce gdyby nie fakt, że dwa trzy dni przed tymi trekami wracając z jednego z punktów widokowych wpadłem na genialny pomysł… Trzeba coś zrobić, żeby nie było za nudno. Szybkie rozeznanie terenu, ścieżka, obok krzaki, Jola została z tyłu, ja miałem iść szybciej wstawić wodę na kawę. Czyli idealna sytuacja aby się schować i przestraszyć Jolę. Więc wchodzę w krzaki, chowając się w nich tak głęboko jak się da. Czekam. Chowam się i czekam, aby efekt był lepszy. Słyszę kroki, odczekuję jeszcze chwilę, wyskakuję z całej siły i wydaję z siebie najbardziej straszliwe odgłosy typu włua, łaaa. Niestety tuż po wylądowaniu dźwięki te zamieniają się w typowe ała.. W trakcie lotu mój duży palec zahaczył przypadkiem (czyt. przypier…), o chyba jedyny w okolicy kamień, z całym impetem uderzając w niego z czuba. Tak jakby chciał go przesunąć, ba przestawić na drugi koniec wyspy. Tylko, że kamień nawet nie drgnął. Za to ja chwilę po tym skakałem na jednej nodze i zaciskając zęby ostatkiem sił spytałem błagalnym głosem, turlającą się już wtedy ze śmiechu, Jolę – a przestraszyłem Cię chociaż trochę?

Efekt. Złamałem sobie duży palec u nogi. I co, że na trek nie pójdziemy? Że nie dam rady? Podobno paluszek i główka to szkolna wymówka. A że szkołę skończyłem dawno temu to dam radę, a jak nie to Jola mnie poniesie i też damy radę!

130404 IMG_4223


G A L E R I A

Reklamy

Mamy konto na FB – co to się porobiło?

W dzisiejszych czasach mawia się, iż jeśli kogoś nie ma na FB to nie istnieje. I my do tej pory nie istnieliśmy. Aż do teraz. Mamy konto na FB – co to się porobiło? Normalnie koniec świata 🙂

Nasze konto na FB

My już wróciliśmy do Polski, ale nasze zdjęcia i blog pozostały trochę w tyle. Obiecaliśmy to  nadrobić i nadrabiamy. Na początek zmieniliśmy zdjęcia na normalne, a nie dotychczasowe imitacje. Możecie na nie spojrzeć jeszcze raz (linki do zmienionych galerii poniżej). A nowe wpisy już niedługo, na dniach…

Nowozelandzki punkt widokowy

Pierwsze dni w Nowej Zelandii uciekły nam tak szybko, że nawet tego nie zauważyliśmy. Nim się zorientowaliśmy byliśmy już na promie udając się na południową wyspę.

Na prom wjechaliśmy trochę zaspani, bardzo powoli budząc się do życia. Delikatne kołysanie statku uatrakcyjniały od czasu do czasu pojawiające się dookoła, podróżujące jakby z nami, delfiny. Sił na kolejny dzień dodało nam słońce, które pojawiło się na niebie z taką energią, że przejęliśmy jej trochę. I dobrze, bo już chwilę później na horyzoncie pojawiły się fiordy, a nasz statek manewrował pomiędzy nimi ze szwajcarską precyzją. Podziwiać je zresztą mogliśmy także z lądu, podczas naszego pierwszego obiadu na południowej wyspie. Sceneria była tak malownicza, że chcieliśmy zostać tutaj dłużej.

130403 P1070951

Ale brutalna rzeczywistość nie pozostawiała wątpliwości – musimy jechać dalej. By dojechać z Picton do Nelson do wyboru mieliśmy dwie drogi. Jedna z nich to główny szlak komunikacyjny, a druga to niewielka górska droga oznaczona jako „scenic road”, czyli widokowa trasa. Wybór był oczywisty. Najwyżej pojedziemy dłużej. I dłużej jechaliśmy, bo za każdym zakrętem czekał na nas niby ten sam widok, ale jednak zupełnie inny. I każdy następny wydawał się jeszcze bardziej interesujący i ciekawszy. I jak tutaj się nie zatrzymać, nie zrobić zdjęcia? Po prostu się nie da.

A do tego po drodze co jakiś czas widzieliśmy znak „lookout” albo „viewpoint”, czyli punkty widokowe. Raz stwierdziliśmy, że odbijemy z trasy te kilkaset metrów i zobaczymy jak wygląda. Okazało się, że zarówno ten jak i każdy następny punkt widokowy wyglądały tak rewelacyjnie, że postanowiliśmy zatrzymywać się na każdym z nich, nawet jeśli musieliśmy odbić z naszej trasy. Uwierzcie nam, inaczej się nie da:-) .

Prawda jest taka, że w Europie i Ameryce Południowej byliśmy przyzwyczajeni, że z byle jakiego miejsca robi się atrakcję turystyczną przypinając jej etykietkę punktu widokowego itp. Może w tym przypadku zastosowano tę samą metodę, ale z piorunująco dobrym skutkiem – jak na Nową Zelandię przystało.

130403 wpid-img_20130508_1901571

GALERIA

Szalone jajka…

W podróż jakiś czas temu się wybraliśmy,
Tym razem w Nowej Zelandii zlądowaliśmy.

I skoro tutaj Wielkanoc przyszło obchodzić,
Postanowiliśmy tradycyjnie się nie głodzić.

Szalonego zająca wszędzie w okolicy szukaliśmy,
Ale tylko zakręcone jajka znaleźliśmy i ugotowaliśmy 🙂

I gdybyśmy opóźnienia z wpisami nadrobili,
To byśmy życzenia na stronie umieścili.

A tak teraz tylko zdjęcia dodajemy,
Jak sobie nasze śniadanko szykujemy.

image

image

Plan idealny

Do podróżowania w Nowej Zelandii przygotowaliśmy się najlepiej jak to możliwe. Tym razem postanowiliśmy nie korzystać z żadnego przewodnika, a jedynie z informacji otrzymanych od znajomych. Dwa dni przed wylotem mieliśmy także szczęście spotkać francuską parę, która właśnie przyleciała z Nowej Zelandii. Podpowiedzieli nam wiele rzeczy i wskazali kolejne miejsca, do których można pojechać. Takim też sposobem powstał plan idealny 🙂 .

W Nowej Zelandii mieliśmy spędzić tylko trzy tygodnie, jak się okazało o jakieś trzy za mało. Ale mieliśmy nasz plan, z wypisanym z niemiecką precyzją każdym punktem i każdym miejscem jakie mieliśmy odwiedzić. I tak też pierwszy dzień odebraliśmy auto i pojechaliśmy na półwysep Coromandel. Kolejnego dnia zwiedziliśmy pobliskie plaże i udaliśmy się do słynnych jaskiń w okolicach Waitamo. Dotarliśmy tam o 24.00, krótki sen, pobudka o 7.00, śniadanie, kupno biletów, zwiedzanie jaskiń. Później jazda do jeziora Taupo, przypadkowy obiad i zwiedzanie okolicy. Kolejny krótki sen, pobudka o 5.00, bo w planie dzisiaj mamy treking.  Po drodze jeszcze wschód słońca, później  dziesięciogodzinny treking (czy było warto zobaczcie zdjęcia :-), kawa i jazda 300 km do Wellington na prom. Dotarliśmy tam po 1.00 w nocy, kupiliśmy bilety, a że mieli darmowy i dostępny internet, ba nawet zasilanie 230V (co dla nas w Nowej Zelandii nie było tak oczywiste), nie mogliśmy się oprzeć pokusie by sprawdzić pocztę itp. i zrobiła się 2.00. Prom mamy o 7.45, ale trzeba jeszcze znaleźć miejsce na nocleg…

130330 IMG_3691

Tak właśnie wyglądały nasze pierwsze dni na wyspie. Przypomina to trochę wycieczkę organizowaną przez biura podróży, czyli tzw. cały kraj/ świat w kilka dni. Tylko jak długo tak można i po co ten cały bieg? Albo zwiedzamy i mamy z tego frajdę albo zapier… Chwila refleksji i szybkie przebukowanie biletów, aby zostać w Nowej Zelandii trochę dłużej – udało się, o dziwo nawet całkiem bezboleśnie 🙂

Nasz plan jednak był tak idealny, że nie obejmował złej pogody, tak drobnych spraw jak zrobienie zakupów, ugotowanie i zjedzenie czegokolwiek, nie wspominając już o pokonaniu dystansu pomiędzy wyznaczonymi punktami. Jak widać po raz kolejny teoria odbiega trochę od praktyki…

GALERIA