Miasto kościołów

Po drodze na południe Meksyku mieliśmy okazję zatrzymać się na jeden dzień w mieście Puebla. Niegdyś była to przejściowa stolica Meksyku, a dziś silnie uprzemysłowiony i dobrze skomunikowany region kraju. Znajduje się tutaj m.in. fabryka VW. W Puebla jest kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset kościołów, dlatego też można śmiało nazwać je „miastem kościołów”.

Stary rynek słynie z charakterystycznej zabudowy elewacji budynków, które to tworzą bardzo ciekawe i kolorowe wzory.

A my postanowiliśmy spróbować tutejszego specjału Mole de pollo. Jest to kurczak podawany z ryżem i polewą czekoladową z chili. Niby słodkie, ale jednak ostre. Dziwne? Tak, naprawdę dziwne, ale smakuje wyśmienicie. To zupełnie coś innego – warto spróbować.

Reklamy

Miejsce, gdzie ludzie stają się bogami..

Prekolumbijskie Teotihuacan w języku nahuatl znaczy „miejsce, gdzie ludzie stają się bogami”. Miasto zbudowane przez olbrzymów „Quinametin”, którzy według legendy mieli żyć przed pojawieniem się ludzi i zginąć podczas wielkiej katastrofy. Susza, walka wewnętrzna czy też epidemia? Do dziś nie znamy przyczyny dlaczego tak potężne miasto, które zostało założone w latach 100 p.n.e. i miało duży wpływ na kulturę, handel i architekturę znaczącej części starożytnego Meksyku, nagle zostało opuszczone. Niewiele także wiemy o jego mieszkańcach. Szacuje się, iż w czasach swojej świetności w latach 350-650 n.e. zamieszkiwało je ok 200.000 osób.

Teotihuacan położony jest na wysokości ok 2300 m n.p.m., niegdyś na wyspie na środku jeziora, po którym dziś już nie ma śladu. Kompleks zbudowany jest na planie szachownicy wzdłuż Alei Zmarłych szerokiej na 40 m i długiej na prawie 2 km. Wokół znajdowały się zespoły świątyń, place zgromadzeń oraz duże obszary rezydencjalne. Dwie największe, a zarazem najstarsze budowle to Piramida Księżyca o wymiarach podstawy 150 x 120 m i wysokości 43 m oraz Piramida Słońca o wymiarach 225 x 207 m i wysokości 65 m.

My do Teotihuacan wybraliśmy się z rana. Miał to być ciepły, słoneczny dzień – jakieś 30 st.C. Na miejsce dotarliśmy przed 10.00, ale niestety okazało się, że jest zimno i pochmurnie. Wejście do kompleksu nie zrobiło na nas wrażenia.

Po przemierzeniu całej Alei Zmarłych okazało się jednak, że piramidy są ogromne i… najpierw trzeba na nie wejść

a potem co gorsza jeszcze zejść…

Najważniejsze, że się udało:) Byliśmy na piramidzie!

No no, gracias

Tomek nie mówi po hiszpańsku. Jego znajomość tego języka ogranicza się do „no no, gracias” czyli “nie nie, dziękuję” i w wielu sytuacjach to się znakomicie sprawdza.

Pewnego popołudnia wysłałam go samego do sklepu po niewielkie zakupy. Przecież to supermarket, nie trzeba nic mówić. Poszedł, kupił wszystko co zaplanował i powiedział że wszystko było ok. Tylko kasjer się go o coś na końcu zapytał i po prostu odpowiedział “no, no gracias”. Sprzedawca delikatnie się zdziwił. Następnego dnia okazało się, że w tym sklepie zawsze przy kasie pytają czy udało się wszystko znaleźć co było potrzebne. Tomek odpowiedział z uśmiechem na twarzy, że “nie nie i dziękuję:-)”.

Takie wydarzenia Tomka na szczęście nie zniechęcają do dalszego praktykowania tego hiszpańskiego zwrotu. Następnego dnia, razem siedzieliśmy w typowo meksykańskim barze. Czas umilali tutejsi muzycy przygrywający na gitarze piękne ballady. Gdy skończyli, jeden z nich podszedł i zaczął do nas mówić. Tomek automatycznie i stanowczo odpowiedział “no no, gracias”. Ku jego zdziwieniu, muzyk od razu odszedł, a ja zaczęłam się śmiać. Ich rozmowa wyglądała tak:

Muzyk: Czy podobała się wam nasza muzyka?
Tomek: Nie nie, dziękuję.

Od tego momentu Tomek postanowił podszkolić swój hiszpański, ale “No no, gracias” i tak pozostało jego ulubionym powiedzeniem 🙂

Gdzie impreza goni imprezę…

San Miguel de Allende okazało się być nie tylko miejscem spokojnym i klimatycznym, ale również tętniącym życiem. Codziennie odbywa się tam jakaś impreza, parada, festyn, pokazy zabytkowych aut czy cokolwiek ktoś sobie wymyśli. Spędziliśmy tam dwa dni i uczestniczyliśmy w dwóch imprezach;)

Pierwszą z nich była parada z okazji dnia patrona miasta. Zdjęcia nie oddają w pełni panującego klimatu – w każdym zakątku miasta słychać było rytmiczne uderzenia bębnów, a rynek był wypełniony po brzegi ludźmi, którzy obserwowali całe widowisko.

Na koniec mieliśmy jeszcze okazję oglądać wyścigi profesjonalnie przygotowanych aut w kategorii “dla amatorów”, czyli takie meksykańskie zawody Red Bull, tylko że metą są snopki siana.

Por que?

Dlaczego miasteczko San Miguel de Allende znajduje się na liście tak często odwiedzanych miejsc w Meksyku? Pewnie dlatego, że to jedna z małych, klimatycznych miejscowości meksykańskich, gdzie całe miasteczko skupione jest wokół rynku. Znajduje się on na podwyższeniu, a jego przestrzeń wypełniają gęsto posadzone drzewa przycięte w charakterystyczny sposób. Jest to miejsce popołudniowych i weekendowych spotkań mieszkańców, a drzewa dają im schronienie przed słońcem. Ciekawy pomysł, ale ma jedną wadę. Meksykanie są dużo niżsi niż europejczycy, więc trzeba uważać na gałęzie – sprawdziłem osobiście 😉

San Miguel de Allende to także miejsce, gdzie mieszka wielu amerykańskich emerytów. Wybierają je, gdyż mogą tutaj znaleźć ciszę, spokój, a do tego żyć na wyższym poziomie niż w USA. Na ulicach słychać bez przerwy język angielski, a zza każdego narożnika wyłaniają się “gringo”. Skąd to przezwisko? W języku hiszpańskim tak się mówi na obcokrajowców, którzy nie posługują się językiem hiszpańskim. Używają je także meksykanie, niestety w negatywnym kontekście, w odniesieniu do amerykanów jako połączenie słów green – zieloni oraz go – w kontekście “go home” czyli wracajcie do domu.

Tak czy inaczej jeśli wybieracie się do Meksyku, to warto odwiedzić to miasteczko.

Dla podróżujących polecamy hostel Inn – pokój dwuosobowy za 350 peso, dormitory 150 peso/os, kuchnia, internet, patio.