Jak stać się milionerem?

Czy zastanawialiście się kiedyś jak to jest być milionerem? Podobno najwięcej emocji towarzyszy człowiekowi wtedy, gdy się nim staje. Każdy następny milion to już tylko większe cyfry na koncie. Ale jak zdobyć ten pierwszy milion? Jak stać się jego szczęśliwym posiadaczem? Odpowiedź jest bardzo prosta!

1. Kupujecie bilet do Kolumbii, np. do Cartageny (naprawdę super miasto!)
2. Pakujecie walizkę (nie będzie ciężka, bo nie potrzebujecie kurtek, bluz itd., tu jest naprawdę gorąco)
3. Przylatujecie do Kolumbii i wymieniacie na lotnisku 600 dolarów na kolumbijskie peso.
I co? I jesteście milionerami;)!

W tym kraju za jednego dolara dostaje się mniej więcej 1 800 pesos, więc praktycznie każdy turysta może się tu poczuć milionerem;) Szkoda tylko, że ten milion tutaj to za mało, aby nie pracując dożyć do końca swoich dni.

Ale tak poważnie to mieliśmy ochotę założyć w Cartagenie konto w banku. Na północy Kolumbii żar po prostu leje się z nieba, a nieprzyzwyczajonym do takich upałów Europejczykom, dość trudno jest funkcjonować, zwłaszcza w południe. Ale jak tu nie zwiedzić przepięknej Cartageny, z jej wąskimi ulicami i kolorowymi domami?

IMG_9999

IMG_9668

IMG_9726

Zmęczeni upałem włócząc się po mieście nagle poczuliśmy orzeźwiający chłód. To była klimatyzacja narodowego banku Kolumbii. Co zrobić, żeby wejść tam choć na chwilę i się schłodzić? Zaczęliśmy układać dość misterny plan. Decyzja zapadła – wchodzimy do banku i zakładamy konto;) Jak się nam nie uda, to przynajmniej się trochę ochłodzimy! A że była w nim dość duża kolejka, mieliśmy sporo czasu, żeby sprawdzić całe słownictwo związane z bankiem (nasz hiszpański ograniczał się w tym temacie do słów: bankomat i pieniądze). Ludzie patrzyli na nas dość dziwnie (sami Kolumbijczycy i nasza dwójka), ale nam to nie przeszkadzało. Po jakiś 10 minutach czekania w kolejce stwierdziliśmy jednak, że już się wystarczająco schłodziliśmy i rezygnujemy z realizacji naszego planu. Odpoczęliśmy od upału na tyle, że postanowiliśmy wyjść z banku na skąpane w słońcu ulice Cartageny.

Uwierzcie nam, że gdy przyjedziecie do Kolumbii też będziecie chcieli założyć konto w banku. I to nie tylko po to, by się poczuć milionerami;)

Reklamy

Hotel 25

Nasza ostatnia podróż po otwartym morzu trwała niespełna dwa dni, ale z pewnością będziemy ją długo pamiętać. Po dotarciu do Cartageny o niczym nie myśleliśmy tak bardzo, jak tylko udać się do najbliższego hotelu i trochę odpocząć. Po wyjściu na stały ląd trochę nami jeszcze bujało, ale dzielnie staraliśmy się iść w linii prostej. Znalezienie jakiegoś lokum też nie było takie proste, ale w końcu się udało. Mamy pokój na najwyższym piętrze, z małym tarasem i miejscem do posiedzenia. Nareszcie będziemy spać w normalnym łóżku;)

Gdy rano otworzyłem oczy, ku mojemu zdziwieniu, pokój bujał się na lewo i prawo. Ale o co chodzi, przecież wczoraj nic nie piłem! Już myślałem, że wciąż jesteśmy na łodzi. Przecież to niemożliwe! Jesteśmy w hotelu, a jego wejście jest z ulicy, więc pokój nie ma prawa się ruszać! Nic to nie pomogło. Tak czy inaczej pokój bujał się dalej. Na szczęście, po godzinie wszystko wróciło do normalności. Jeszcze nigdy  tak się nie cieszyliśmy, że jesteśmy na lądzie;)

Po tak ciekawym poranku,  udaliśmy się pozwiedzać okoliczne zabytki. Ze względu na bardzo wysokie temperatury, spacer tutejszymi uliczkami okazał się bardziej męczący, niż myśleliśmy. Po kilku godzinach wróciliśmy do hotelu trochę odpocząć. Postanowiliśmy zrobić sobie krótką drzemkę. Spaliśmy jak dzieci. Nagle się budzimy, czujemy coś mokrego na naszych nogach. Było ciemno, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Może do naszego pokoju dostał się hotelowy pies i postanowił załatwić tutaj swoje potrzeby, albo zakradło się jakieś dzikie zwierzę, które liże nam nogi i zaraz zacznie nas konsumować… Szybko wyskoczyłem spod pościeli i zapaliłem światło. Okazało się, że w naszym pokoju zwyczajnie padał deszcz wprost na nasze łóżko… Na dworze zresztą też padało, ale nie bardzo nas to interesowało. Jola chwyciła reklamówkę starając się złapać do niej jak największą ilość wody, a ja pobiegłem zawołać kogoś z obsługi. Moim łamanym hiszpańskim próbowałem wytłumaczyć co się dzieje i że trzeba to naprawić. Nie bardzo wiedzieli o co mi chodzi, patrzyli na mnie dość dziwnie, ale udało mi się ściągnąć kogoś do pokoju. Pan z obsługi ze stoickim spokojem powiedział, że po prostu coś stało się z dachem i poszedł. Po chwili dostaliśmy wielką miskę, aby nie zalało nam całego pomieszczenia, a po paru minutach zupełnie przestała lecieć woda. A my, jakby nigdy nic, położyliśmy się dalej spać.

Piekło – niebo

Czy pamiętacie tę starą papierową grę piekło-niebo? Była banalnie prosta w wykonaniu, a sprawiała niesamowicie wiele radości. Dzieciaki potrafiły w nią grać całe lekcje. I zawsze miało się 50% szans. Tak też byśmy podsumowali w jednym zdaniu naszą podróż łodzią z Panamy do Kolumbii przez przepiękne wyspy San Blas. Z tym, że tutaj takie szanse były od początku wpisane w kontrakt, a raczej w podział wycieczki na dwie części.

Pierwsza zaczęła się bardzo niewinnie, choć bardzo wcześnie. Punktualnie o 5.00 rano podjechało pod nasz hostel auto terenowe. Zastanawialiśmy się po co im auta 4×4, by dowieźć nas do portu. Na myśl przychodziła nam tylko chęć sprzedania droższego transportu, niż zwyczajnym mikrobusem. Dopiero po dotarciu do rezerwatu przyrody, gdzie momentami brakowało asfaltu, a w końcowej części nie było już go w ogóle, zrozumieliśmy sens aut z napędem na cztery koła.

Teraz tylko przesiadka na łódź i zaczynamy podróż. Nasz błyszczący w słońcu katamaran prezentował się bardzo okazale. I taki był. Ale to nie on zrobił na nas największe wrażenie. Okazało się, że wzdłuż Panamy znajduje się 365 małych wysepek, z których każda wyglądała jak ta z folderu biura podróży. Hura wykrzyknąłem! W końcu trafiliśmy na te właściwe Karaiby:) To tutaj biały niczym śnieg piasek, delikatnie otula stopy muskając końce palców. To tutaj wyrastają pochylone palmy wygięte wpół, niczym wizytówka tego miejsca na błękitnym niebie. To tutaj woda ma taką przejrzystość, że prawie widać każde ziarenko piasku na dnie. I to tutaj nikt nie chce bezchmurnego nieba. Dlaczego? Bo jest wtedy tak piekielnie gorąco, że nie wiadomo co ze sobą zrobić. Uwierzcie nam, że lepiej gdy niebo jest zachmurzone.

P1000307P1000089Uroku dodaje wyspom obecność Indian Kuna Yala, dla których czas jakby zatrzymał się w miejscu kilkadziesiąt lat temu. Ich głównym środkiem transportu jest łódź. Żyją z połowu ryb lub z uprawy kokosów, które rosną na większości wysp. Szkoda tylko, że nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa, bo cywilizacja wchłania ich powoli, ale systematycznie.

P1000438

A gdzie w tym wszystkim druga część podróży? Ta zaczyna się zaraz po wypłynięciu na otwarte morze. Żegluje się nieprzerwanie prawie dwa dni. I jeśli ktoś uważa, że nie ma choroby morskiej to zapraszam na taką wycieczkę. Wszyscy odczuwali jej skutki, mniej lub bardziej, ale nie ominęła nikogo. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy patrzyliśmy na kapitana, który tak jak i my tylko leżał i nie mógł nic zjeść. Był to bardzo ciekawy widok. Dobrze, że łódź miała auto pilota:-)

Pieniądze to nie wszystko

Podróżując przez Amerykę Łacińską odwykliśmy od widoku ucywilizowanych miast, wszędobylskich wieżowców, kilkupasmowych ulic. Myśleliśmy, że trudno będzie rozpoznać to miasto. A okazuje się, że jest to oczywista oczywistość :). Faktycznie, byliśmy w Panama City.

Podobno jest to najbezpieczniejsza stolica całej Ameryki Łacińskiej, ale jak każde duże miasto ma dzielnice, do których lepiej się nie wybierać. Jedna z takich dzielnic znajduje się tuż przy starym rynku i widać dokładnie gdzie się zaczyna. Panama nie jest turystycznym miejscem, ale coś w tym temacie zaczyna się dziać. Nieśmiałe ruchy w postaci odbudowy rynku czy budowy deptaku wzdłuż zatoki to jednak jeszcze trochę za mało, aby przyciągnąć turystów. Ale też nikt tutaj o to nie zabiega. A dlaczego?

IMG_8448Po co ktoś ma sobie zawracać głowę turystami, skoro Panama od jakiegoś czasu żyje z opłat za Kanał Panamski? Przynosi on zyski w wysokości ok 1 mld $ (średnia opłata za statek to 50.000 – 80.000 $!), a już niedługo zostanie oddany do użytku nowy, zmodernizowany kanał, który zwiększy te wpływy. Ciekawe? Hm… a wiecie, że aby przepłynąć kanał trzeba pokonać kilkunastometrową różnicę poziomów wody? Nasze umysły tego jeszcze nie pojęły, ale inżynierowie którzy projektowali kanał wiedzieli to już na początku XX. Nikt natomiast nie przewidział, że przy jego budowie śmierć poniesie aż 25.000 robotników.  Kanał zrobił na nas niesamowite wrażenie. Nawet Jola, która jest typową humanistką, była zdziwiona w jaki sposób to wszystko działa. Mieszkańcy twierdzą, że kanał dla Panamy jest tym czym wieża Eiffla dla Paryża. Nikt nam tego nie mówił na lekcjach historii:-)

IMG_8799A jeśli zastanawiacie się co tutaj można robić to odpowiedź jest prosta. Zakładać biznes i nieźle żyć. A jak to zrobić? Najpierw trzeba zdać patent, aby można było żeglować łódką po otwartym morzu, następnie trzeba kupić lub wynająć łódź. Potem wystarczy przypłynąć tutaj i przewozić turystów pomiędzy Panamą i Kolumbią. Sukces murowany. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – do Kolumbii nie można dojechać autobusem. Brakuje jakieś 120 km drogi przez najbardziej malaryczną dżunglę świata, osady partyzantów i Indian nie do końca przyjaźnie nastawionych w stosunku do obcych, czyli tzw. Darien Gap. Ponoć komuś się udało przejechać tę trasę samochodem, ale nie wiemy ilu osobom się to nie udało. Czasami lepiej żyć w niewiedzy. Przedostać się z Panamy do Kolumbii można więc tylko samolotem lub statkiem. Pomimo, iż ta druga opcja nie należy do najtańszych, jest tylu chętnych, że będąc poza sezonem na taką łódź trzeba czekać. I czekać. My mieliśmy szczęście, bo czekaliśmy tylko tydzień;)

Zgadnijcie, gdzie jesteśmy?

Ostatnio bywaliśmy w wielu ciekawych miejscach. Zazwyczaj były to tereny, gdzie głównie obcowaliśmy z naturą – rzeki, wulkany, wyspy, parki…

Tym razem postanowiliśmy zmienić otoczenie i wrócić do „cywilizacji” 😉 Zmodyfikowaliśmy trochę nasze plany, by odwiedzić pewne miasto…

To co, kto zgadnie gdzie teraz jesteśmy?