U stóp wulkanu…

Gdyby ktoś nam kilka lat temu powiedział, że znajdziemy się u stóp aktywnego wulkanu i spędzimy tam kilka dni, nigdy w to nie uwierzylibyśmy.

Początkowo mieliśmy jechać do Riobamby, ale po sprawdzeniu prognozy pogody to stwierdziliśmy, że będzie z tego duży „dym” 🙂

P1020721
Tym razem zawitaliśmy do Banos, malowniczo położonej miejscowości w górach. Miejsce to słynie z możliwości uprawiania różnych form aktywności takich jak zjazdy canopy, rafting, wspinaczka na wulkan, skoki na bungee…

Na nas jednak wrażenie zrobił punkt widokowy odsłaniający czynny wulkan. W biurze podróży wspominali nam, że czasami można zobaczyć lawę. Nie powiedzieli nam tylko, że z taką częstotliwością.

IMG_6082IMG_5997
A jako, że się nam spodobało, zostaliśmy tutaj jeszcze na święta…

Reklamy

Święta, Święta i po Świętach…

Wiele osób pyta nas jak spędziliśmy te święta?

Hm… trochę inaczej niż zwykle. Jest to ten dzień kiedy odczuwa się, że jest się z daleka od kraju, a dookoła brakuje rodziny i znajomych. Tym bardziej w Ekwadorze, gdzie Boże Narodzenie jest obchodzone 25 grudnia, a i tak wszyscy bardziej celebrują tutaj Nowy Rok.

Aby poczuć choć trochę klimat tych świąt postanowiliśmy przygotować pierogi. Pierwszy raz w życiu, bo zawsze mieliśmy to szczęście, aby w Wigilię ‚wkręcić’ się do rodziców na ‚gotowe’ 🙂

Wybór padł na pierogi ruskie, bo ziemniaki i ser można tutaj kupić wszędzie. Pomimo przeciwności losu i kilkukrotnej wizyty w markecie, by skompletować wszystkie składniki, przystąpiliśmy do pracy. Trochę było z tym wszystkim zamieszania, bo nikt w hostelu nie mógł wtedy korzystać z kuchni, a wszystko było oznaczone mąką i naszymi śladami. Zaczęliśmy od 0,5 kg mąki, a skończyliśmy na prawie kilogramie. Ale udało się!  Pierogów było tyle, że starczyło na Wigilię, śniadanie, obiad i kolację. 🙂

P1020631 P1020636

Podczas gdy my staraliśmy się przestrzegać przepisu z dokładnością jubilera, kilka osób stwierdziło, że zna to danie. Ludzie z Niemiec nazwali je ‚dumpling’, bo wrzuca się je do wody i gotuje. Dziewczyna z Korei stwierdziła, że u niej w kraju przygotowuje się bardzo podobne danie, ale na Nowy Rok. Ale i tak najlepsi byli Kanadyjczycy, którzy widząc je powiedzieli: ‚Polish pierogi’! Okazało się, że mają znajomego z Polski. No i oczywiście byli w Krakowie;)

I tak właśnie minęły nam te święta. Jedno co jest uniwersalne na całym świecie to powiedzenie ‘święta, święta i po świętach…’ 🙂

100 dni w podróży…

Takie daty i terminy nakłaniają do różnego rodzaju przemyśleń. Nasze są takie:

  • najcieplejsze miejsce: Kolumbia, Tayrona Park (35st.C, ale przy tak dużej wilgotności odczuwalna jako 45st.C lub więcej),
  • najtańszy posiłek: 3,25USD za 2x (frytki + kawałek kurczaka z rożna) i 1,35l coli (Ekwador),
  • najlepsza impreza: Puerto Escondido (pozdrawiamy wszystkich z hostelu Tower Bridge),
  • najdroższe miejsce: Kostaryka (nikt nie wie dlaczego za wszystko trzeba płacić 2-3 razy więcej niż wszędzie dookoła),
  • najzimniejsze miejsce: autobus AOC w Meksyku (kierowca chyba chciał sprawdzić czy klimatyzacja nadal działa…),
  • największa porażka: Honduras i przewodniki Lonely Planet (w każdym kraju),
  • nasz nr 1: Kolumbia!

Czy te 100 dni to dużo czy mało?

Podobno można okrążyć cały świat w przysłowiowe 80 dni.
Dla nas to zbyt duże wyzwanie. My w tym czasie:

  • spędziliśmy prawie 200 godzin siedząc w autobusach + 5 dni na statku,
  • przejechaliśmy prawie 7 000 km,
  • zużyliśmy 3 pary japonek,
  • wyrzuciliśmy ok 5 kg niepotrzebnego bagażu,
  • zrobiliśmy już 80 GB zdjęć,
  • zwiedziliśmy 8 krajów,

ale końca świata nie znaleźliśmy…

No nic, jedziemy dalej…

‚Don’t walk’

Po co ludzie jadą do Quito? Z pewnością nie po to, by spacerować wieczorami po ulicach starego miasta zwanego Mariscal, gdzie mieszkańcy tylko czekają, by stać się nowym właścicielem Twojego sprzętu fotograficznego. Zapewne nie po to również, by wieczorami przechadzać się samotnie uliczkami miasta. Ostatecznie też nie po to, by siedzieć w hotelu, którego recepcja jest zamykana na noc.

Pierwsze co usłyszeliśmy po zameldowaniu się w hostelu to szczegółowe informacje gdzie możemy chodzić, a raczej gdzie mamy nie chodzić nocą, gdzie nie wybierać się nawet za dnia, a w zasadzie to że wszędzie mamy brać taksówkę. Wszystko co cenne oczywiście najlepiej pozostawić w hotelowym sejfie. Od teraz nasze sztandarowe hasło to ‚don’t walk!’ (nie chodzić!)

Odstępstwem i pozytywnym zaskoczeniem okazała się historyczna część miasta. Jest to spora liczba uliczek i budynków w kolonialnym stylu, z których prawie wszystkie są odremontowane. Najciekawszą i najbardziej spektakularną budowlą jest katedra, która zarówno za dnia jak i nocą w pełnym podświetleniu wygląda imponująco. PS. Tylko niech nikomu nie przyjdzie do głowy wracać stamtąd wieczorem do hotelu inaczej niż taksówką!

P1020375
Z naszych spostrzeżeń wynika, że do Quito ludzie przyjeżdżają tylko po to, by udać się stąd dalej na równik. Licząc od centrum miasta, podróż na równik trwa niecałe dwie godziny. Miasto jest naprawdę dobrze skomunikowane i jeżdżą po nim m.in. trolejbusy, przez co  pokonanie całej trasy jest szybkie i niesamowicie tanie. Tylko który równik odwiedzić? Okazuje się, że są dwa…

Jeden to oficjalny, wytyczony lata temu.
To tutaj wybudowano słynny monument z czterema kierunkami świata.
To tutaj namalowano linię symbolizującą środek ziemi, która jest odmalowana tylko po oficjalnej stronie globu…
To tutaj jest mnóstwo restauracji i turystów.
To tutaj według nas niepotrzebnie wydaje się 5$ za wejście i po to, by zrobić sobie zdjęcie.

IMG_5859

IMG_5766
Dlaczego? Bo niecałe 300 m dalej znajduje się kolejny równik. Ten podobno został wyznaczony za pomocą urządzeń GPS i jest tym właściwym. Bilet tutaj jest tańszy, a w cenie jest jeszcze przewodnik, który opowiada ciekawe rzeczy i udowadnia, że to właśnie to miejsce jest środkiem ziemi.

Jako że, Tomasze są z natury niedowiarkami i muszą wszystko zobaczyć na własne oczy, z ciekawością przystąpiliśmy do eksperymentów. Potrafię zrozumieć możliwość postawienia jajka na gwoździu w innym miejscu na ziemi, choć tego jeszcze nie próbowałem. Kierunek leju wody w zlewie starałem sobie wytłumaczyć wprawną ręką przewodniczki, która przy uzupełnianiu wody na pewno nadała ruch we właściwym kierunku. Ale ostatniej, tzw. próby sił nie potrafiłem sobie wytłumaczyć i uwierzyłem, że coś w tym jest. Polega ona na tym, że jedna osoba czyli ja staje poza równikiem, wyciąga ręce przed siebie, a druga (czyli Jola) stara się ściągnąć ręce w dół. Naturalne jest to, że Joli się nie uda;) Ale sytuacja zmienia się diametralnie w momencie, kiedy ja staję dokładnie na równiku, a Jola tuż obok. Próbowałem ze wszystkich sił, z czoła leciał pot, zęby zaciskałem tak mocno, że prawie je połamałem, ale i tak to nic nie dało. Jola była silniejsza. Po kilku próbach odpuściłem i uwierzyłem.

IMG_5936