Kolumbiana

Kawa dla jednych jest przysmakiem, dla innych czymś czego nie tkną, a dla większości z nas trunkiem dnia powszedniego. Bez niej często nie potrafimy dotrwać do końca dnia.

Większość ludzi twierdzi, że z ekspresu smakuje najlepiej. Podobno dzieje się tak za sprawą wysokiego ciśnienia pod jakim parzona jest kawa. A co jeśli nie mamy ekspresu? Pozostaje nam opcja alternatywna, która niekiedy i tak z ekspresem wygrywa. My z tym typem parzenia kawy spotkaliśmy się w Kolumbii, więc nazwaliśmy ją po prostu “Kolumbiana”.

Sposób jest banalny. Do garnka wlewacie wodę i wsypujecie kawę. Proporcje są takie, aby na jeden kubek/ szklankę wody przypadała łyżka stołowa kawy. Całość podgrzewacie na małym ogniu. Gdy woda się zagotuje podgrzewacie nadal przez minutę, aby wydobyć silniejszy smak kawy. Gotujcie na małym ogniu, bo na dużym kawa może wykipieć i szorowanie kuchenki macie gratis. Później odczekajcie chwilę aż opadną fusy i można nalewać.

Jeśli jeszcze tego nie próbowaliście to sprawdźcie czy kawa, którą pijacie na co dzień zmieni smak i czy Wam też uda się znaleźć w niej ten głęboko ukryty aromat.

Smacznego 🙂

Reklamy

Halo, czy to Syberia?

Czytając poprzednie wpisy pewnie zorientowaliście się, że Nowa Zelandia bardzo nam się spodobała. Po tym jak przełożyliśmy sobie bilety lotnicze mogliśmy rozkoszować się tutejszymi widokami z większym spokojem. Nawet mogliśmy sobie pozwolić na chwilę relaksu. Dlatego nasz ostatni dzień był zwykłym leniwym dniem, dniem z zakupami, dniem gdzie nigdzie nam się nie śpieszyło. Powolnie przygotowany obiad, deser i kolacja w kuchni naszego campingu i tak aż do wieczora. W Te Anau po prostu postanowiliśmy sobie odpocząć.

I dobrze nam się odpoczywało kiedy to jeszcze jesienne słońce świeciło nam w ciągu dnia. Wieczorem już tak fajnie nie było. Jak później się okazało, ten jeden jedyny raz w Nowej Zelandii, zaczęliśmy przeklinać. I to nie dlatego, że nas coś denerwowało, nie dlatego że ktoś nas wkurzył, nie dlatego że byliśmy zmęczeni, ale dlatego, że zrobiło się zimno. Aż do tego stopnia, że idąc wieczorem pod prysznic staliśmy pod nim chyba z godzinę, by się rozgrzać. Wtedy docenia się tak banalne rzeczy jak nielimitowany dostęp do ciepłej wody czy suszarkę do włosów. W aucie przykryliśmy się wszystkim co tylko możliwe i całą resztą jaką mieliśmy. Nasze śpiwory mumie otulały nas z każdej strony, ale i tak nie dawały rady. W nocy musiałem wstawać z 2-3 razy żeby odpalić auto i nagrzać w środku. Nikt nam nie powiedział, że tutaj jest prawie jak na Syberii. Na szczęście tylko tutaj, bo dalej już było tylko lepiej.

A żeby od rana zrobiło się nam cieplej trzeba będzie przygotować dobrą kawę na dalsze zwiedzanie (widoki z Milford Sound jak zawsze wynagradzają wszystko). W kolejnym wpisie sprzedamy Wam patent na normalną, ale o niebo lepszą kawę, niż tą, którą normalnie pijecie. A jak ktoś pije herbatę to może jakoś kiedyś 🙂

130409 IMG_5338

G A L E R I A

To niesprawiedliwe

Pewnego przepięknego dnia wybraliśmy się na treking. Nic nowego, przecież robimy to tutaj prawie codziennie. Tym razem jednak treking wzbogacony był rozmową z rodowitymi Nowozelandczykami. Poznacie ich na trasie po tym, że są uśmiechnięci i zawsze odpowiadają cześć (co wśród turystów nie jest już tak oczywiste).

I choć cenimy co nasze, to trzeba przyznać, że Nowa Zelandia jest bezkonkurencyjna jeśli chodzi o wiele aspektów. Nie omieszkaliśmy o tym powiedzieć naszym rozmówcom, kwitując na końcu stwierdzeniem “tylko szkoda, że to jest tak daleko”. Odpowiedź? To w zasadzie dobrze, bo inaczej byłoby tutaj za dużo turystów, zdeptaliby nam wszystko i po co to komu.

W tym momencie nie pozostało już nam nic innego jak tylko powiedzieć, że w Nowej Zelandii to:

  • niesprawiedliwe, że prawie każdy krajobraz jest wart zobaczenia,
  • niesprawiedliwe, że wschód i zachód słońca jest jak malowany,
  • niesprawiedliwe, że woda jest krystalicznie czysta (jeśli myślicie, że ta z butelki po mineralnej jest taka, to jeszcze tej nie widzieliście),
  • niesprawiedliwe, że jesteśmy tutaj tak krótko…

Oczywiście o tych wszystkich niesprawiedliwościach mówimy tylko Wam… 🙂 A żeby poprawić sobie humor, postanowiliśmy przebukować bilety i zostać w Nowej Zelandii choć troszkę dłużej! 😉

130406 IMG_4403
G A L E R I A

Damy radę…

Jak już pewnie zauważyliście, Nowa Zelandia zauroczyła nas od samego początku (no może poza przywitaniem z celnikami na lotnisku :). Z każdym kolejnym dniem zwiedzania tego kraju chcieliśmy zobaczyć więcej i więcej. Jeszcze przed wylądowaniem założyliśmy sobie bardzo ambitny plan, który chcieliśmy zrealizować za wszelką cenę. Umówiliśmy się nawet, że jeśli któryś z nas zachoruje to nie robimy przerwy tylko zwiedzamy dalej.

Nowa Zelandia pomimo tak pięknych widoków podczas tzw. Greate walk, ma także mankamenty. Jednym z nich jest wcześniejsza konieczność rezerwacji noclegów w parkach narodowych. Poza sezonem z reguły miesiąc wcześniej, ale na niektóre trasy czasami i to nie wystarczy. Liczba noclegów jest oczywiście ograniczona i władze parków kontrolują w ten sposób liczbę zwiedzających. O cenach nie wspominamy, ale są typowo nowozelandzkie. A my odwykliśmy przez ostatnie miesiące od rezerwowania czegokolwiek, tym bardziej z takim wyprzedzeniem. Czyli co nam pozostaje? Zamiast iść na spokojnie jakąś trasą przez 2-3 dni rozkoszując się po drodze widokami, trzeba wybrać opcję alternatywną, czyli pobudka o świcie, jednodniowy trek idąc najdalej jak się da i wracamy tą samą trasą przed zachodem słońca. Opcja ta jest wprost proporcjonalnie hardcorowa do tego ile chce się zobaczyć. Czyli dla nas z reguły było to ponad 20 km marszu dziennie (czasami więcej).

Zbliżając się do słynnej Golden Bay cieszyliśmy się niesamowicie, że wszystko idzie zgodnie z planem, że mamy dobrą pogodę i kilka dni na zwiedzenie okolicy. Tym bardziej, że jak się okazało, okolica jest niesamowita, zaczynając od połaci traw, utulonych do snu przez wiatr drzew, poprzez stada wypasionych owiec (czyt. na początku myśleliśmy, że są w ciąży, ale żeby tak wszystkie naraz..), skarpy, klify, a kończąc na plażach pełnych klimatycznych skał i … złocistego piasku. Jakżeby inaczej, przecież to Golden Bay czyli złota zatoka. Złocisty piasek był rozsiany po plaży z taką dokładnością, jakby ktoś obliczył gdzie ma dokładnie być położony, a potem go tam przykleił. Na zdjęciach pewnie nie będzie tego widać – a może ktoś się dopatrzy 🙂

I wszystko byłoby jak w bajce gdyby nie fakt, że dwa trzy dni przed tymi trekami wracając z jednego z punktów widokowych wpadłem na genialny pomysł… Trzeba coś zrobić, żeby nie było za nudno. Szybkie rozeznanie terenu, ścieżka, obok krzaki, Jola została z tyłu, ja miałem iść szybciej wstawić wodę na kawę. Czyli idealna sytuacja aby się schować i przestraszyć Jolę. Więc wchodzę w krzaki, chowając się w nich tak głęboko jak się da. Czekam. Chowam się i czekam, aby efekt był lepszy. Słyszę kroki, odczekuję jeszcze chwilę, wyskakuję z całej siły i wydaję z siebie najbardziej straszliwe odgłosy typu włua, łaaa. Niestety tuż po wylądowaniu dźwięki te zamieniają się w typowe ała.. W trakcie lotu mój duży palec zahaczył przypadkiem (czyt. przypier…), o chyba jedyny w okolicy kamień, z całym impetem uderzając w niego z czuba. Tak jakby chciał go przesunąć, ba przestawić na drugi koniec wyspy. Tylko, że kamień nawet nie drgnął. Za to ja chwilę po tym skakałem na jednej nodze i zaciskając zęby ostatkiem sił spytałem błagalnym głosem, turlającą się już wtedy ze śmiechu, Jolę – a przestraszyłem Cię chociaż trochę?

Efekt. Złamałem sobie duży palec u nogi. I co, że na trek nie pójdziemy? Że nie dam rady? Podobno paluszek i główka to szkolna wymówka. A że szkołę skończyłem dawno temu to dam radę, a jak nie to Jola mnie poniesie i też damy radę!

130404 IMG_4223


G A L E R I A

Mamy konto na FB – co to się porobiło?

W dzisiejszych czasach mawia się, iż jeśli kogoś nie ma na FB to nie istnieje. I my do tej pory nie istnieliśmy. Aż do teraz. Mamy konto na FB – co to się porobiło? Normalnie koniec świata 🙂

Nasze konto na FB

My już wróciliśmy do Polski, ale nasze zdjęcia i blog pozostały trochę w tyle. Obiecaliśmy to  nadrobić i nadrabiamy. Na początek zmieniliśmy zdjęcia na normalne, a nie dotychczasowe imitacje. Możecie na nie spojrzeć jeszcze raz (linki do zmienionych galerii poniżej). A nowe wpisy już niedługo, na dniach…