Lekko i przyjemnie

Z kim byśmy nie rozmawiali (jeszcze będąc w kraju) po słowach Nowa Zelandia zawsze słyszeliśmy Ale Wam zazdroszczę… Że kraj jest piękny, kolory niesamowite, Władca Pierścieni, no po prostu cudo i marzenie każdego. A jak się tak nasłuchaliśmy i naoglądaliśmy zdjęć różnych, to sami doszliśmy do wniosku, że ten kraj musi nas rzucić na kolana. A wiadomo jak to jest, jak ma się duże oczekiwania… Czasem się zamieniają w wielkie rozczarowanie*!

* Nie dotyczy Nowej Zelandii!!!!!!!!!!!!!!

Ten kraj nas powalił i to dosłownie! Stał się naszym absolutnym nr 1 😉 Natura jest niesamowicie piękna i urozmaicona – to tu byliśmy na najpiękniejszych plażach (nie na Karaibach!), oglądaliśmy niesamowite jaskinie, widzieliśmy nieziemsko kolorowe jeziora, cudnie położone wulkany no i te ich góry (pod względem wysokości to raczej pagórki, ale to nie ujmuje ich urodzie!). Często przemieszczenie się z jednego miejsca do drugiego zajmowało nam dużo więcej czasu niż planowaliśmy – z reguły to ja prosiłam Tomek, tu jest tak pięknie! Zatrzymajmy się i zróbmy parę fotek… A co słyszał Tomek pół kilometra później? Chyba wiadomo;) Tomek, tu jest tak pięknie! Zatrzymajmy się i zróbmy parę fotek… A jak do tego jeszcze słońce świeciło… To tak jakby ktoś rzucił na nas czar, chwilę wcześniej były po prostu pola, potem zaświeciło słońce i przeistoczyły się w magiczne pola! Doszliśmy do wniosku, że to kwestia kąta padania słońca. I tej wersji się trzymamy, ale musi coś w tym być… Nigdzie indziej na świecie nie widzieliśmy czegoś takiego!

Jeżeli ktoś pomyślał, że w Nowej Zelandii odnajdą się tylko miłośnicy natury, to jest w dużym błędzie. To jest kraj, w którym osoby uzależnione od adrenaliny poczują się jak w raju! Każdy, kto lubi sporty ekstremalne może tu po prostu w nich wybierać – white water rafting, paralotnia, skok na bungee z klifu, pływanie pontonem z wodospadu czy wyrzucenie w powietrze z kuli to tylko nieliczne atrakcje. Adrenalinę można podnieść sobie dosłownie wszędzie – sporty ekstremalne nie są przygotowane tylko pod turystów, to Nowozelandczycy są ich miłośnikami. Oczywiście każda z tych atrakcji kosztuje, więc my zwiedzając ten kraj skupiliśmy się jednak na naturze;).

Nowa Zelandia to kraj absolutnie warty odwiedzenia, ale żeby zwiedzanie było przyjemnością, a nie ciągłą walką, warto się do niego przygotować! Ten kraj ma tyle do zaoferowania, że trzeba sobie zrobić listę punktów, które na 100% chcemy odwiedzić, które będzie super jak dotrzemy i te, gdzie nie będziemy płakać jak nam nie wyjdzie. My robiliśmy taką listę przez 3 dni… A i tak nasz plan idealny nie objął kwestii przejazdów, przygotowywania obiadów, czy też zwykłego odpoczynku raz na kilka dni po codziennych 20 – 30 km trekkingach. Początkowo mieliśmy spędzić w tym niesamowitym kraju 3 tygodnie, ale szybko poszliśmy po rozum do głowy i przebookowaliśmy bilety (chociaż tak szczerze mówiąc to nawet dwa miesiące może być mało).

Oprócz trasy (Nowa Zelandia tylko na mapie jest mała, więc czasem przebycie z jednego punktu do drugiego to 100 km lub więcej), trzeba też pomyśleć o sposobie podróżowania (zdecydowanie polecamy wynajęcie auta, np. sleepervana), noclegach (ogólnie pokoje są dość drogie, a najpiękniejsze miejsca są tam gdzie nie ma cywilizacji, czyli też nie ma gdzie spać), długości pobytu (Nowa Zelandia jest naprawdę daleko i lot razem z przesiadkami to prawie 2 dni!) no i kwestii finansów (wejścia do parków są bezpłatne, ale gdy chcemy przejść Great Walk, to trochę dolarów poleci).

Jeśli chcecie, żeby zwiedzanie Nowej Zelandii było Waszą idealną podróżą, zaplanujcie ją!!! Czytajcie blogi ludzi, którzy tam byli, a ich sposób podróżowania jest zbliżony do Waszego (nie bójcie się pisać do takich osób i pytać!) To naprawdę może Wam zaoszczędzić dużo czasu, niepotrzebnych rozczarowań no i kasy… A my także, już wkrótce w zakładce ABC Podróży umieścimy praktyczne (miejscami wręcz pragmatyczne) wskazówki, które mamy nadzieje pomogą komuś zorganizować taką wyprawę, bo… naprawdę warto zobaczyć Nową Zelandię!!!

Reklamy

Turystyczne buraki

Są dwie opcje: abo jesteśmy dziwni, albo coś tu się nam nie zgadza… Chodząc po górach (jeszcze w Polsce) zasada jest taka, że gdy kogoś mijamy to mówimy cześć, dzień dobry itp. Jak się okazało w ciągu naszej podróży, ta reguła działa mniej więcej wszędzie na świecie. No właśnie mniej więcej, bo w Nowej Zelandii jakoś nie… Podczas pierwszego trekkingu myśleliśmy, że może na jakiś dziwnych ludzi trafiliśmy po drodze. Może nigdy nie byli zwolennikami pieszych wędrówek górskich, a że w tym kraju miast zwiedzać nie warto, to z braku innej opcji postanowili się trochę powspinać. No ale żeby samych „cywili” tylko spotykać? I to przez całe 4 tygodnie?! Coś nam tu nie grało… I zauważyliśmy pewną zasadę – mijamy rodowitych Nowozelandczyków i od razu słyszymy Hello, how are u? Często nawet standardowe powitanie zamienia się w kilkuminutową rozmowę (stąd wiemy, że to tubylcy;). I tak poznaliśmy całkiem sporą grupę Nowozelandczyków miłych, uśmiechniętych, skorych do pomocy. Ale reszta turystów… Gdyby celem naszego wyjazdu było np. przeprowadzenie badań odnośnie turystów na różnych kontynentach, to mielibyśmy duży problem… No bo ile razy można spotykając kogoś zagadywać go, a tu zero odzewu? Bądźmy szczerzy, nam też się w pewnym momencie znudziło to i chcieliśmy sobie nawet odpuścić te grzecznościową gadkę. Ale stwierdziliśmy, że nie będziemy tacy jak reszta, nie dołączymy do grona turystycznych buraków.

Wiemy, że do Nowej Zelandii nie leci się na imprezy, czy żeby poznać ludzi, ale żeby zaraz ograniczać się tylko do widoków? No cóż, do tego ostatniego zastrzeżeń nie mamy;).

Nowa Zelandia, Kepler track 130412 P1080978 Nowa Zelandia Mount Cook

Rowerowe co nieco

Skoro już wiecie, że wróciliśmy, to zanim dokończymy nasze podróżowe wpisy, w dużym skrócie napiszę co się z nami działo. Tak więc, po prawie miesięcznym pobycie w Nowej Zelandii, polecieliśmy odpocząć na Bali (uwierzcie, że odpoczynek był nam potrzebny), a potem już tylko kawałek Azji i do domu (przez Londyn oczywiście).

Czerwiec 2013 r. – powrót do kraju, zresztą dwa razy już przesuwany, stał się ostateczny. Jeszcze będąc w samolocie z Bangkoku do Londynu zastanawialiśmy się jak to dalej będzie. No bo co, po tylu miesiącach wracamy do domu no i… No właśnie, no i co dalej? Ogólnie było dziwnie inaczej. Dzień przed powrotem do Europy sprawdziliśmy prognozę pogody dla Londynu i Poznania. No i co się okazało? W Bangkoku jest cieplej niż gdyby zsumować temperatury dla tych dwóch miast… Szczerze powiedziawszy, to po tak długim czasie przy pełnym słońcu i min +30 st.nie potrafiliśmy sobie nawet wyobrazić +12 st…. A żeby było śmieszniej, po zakończonych trekkingach w Nowej Zelandii wyrzuciliśmy już nasze buty. Przecież w Azji wystarczą japonki, wracamy do Europy latem, będzie ciepło… No, to pierwsze zderzenie z rzeczywistością, a właściwie iście londyńską pogodą było brutalne. Deszcz, wiatr, zimno (dla nas mróz!), a my w japonkach. Na szczęście nie wyrzuciliśmy skarpetek, Polak potrafi… No, to wyglądaliśmy jak rasowi turyści;).Później lot do Poznania i witają nas ukochane osiedla. Jakoś tak szaro dookoła, ludzie się nie uśmiechają, nie ma gwaru, do którego już się przyzwyczailiśmy.

Ale w sumie to ja nie o tym chciałam pisać, tylko o tym co było po powrocie. I nie mam tu na myśli spotkań z rodziną, przyjaciółmi, powrotu do swojego mieszkania (i naszego kibelka;). Dopiero po powrocie do domu i przejrzeniu własnych rzeczy (niektórych nawet nie pamiętaliśmy – to odnośnie zakupomanii i przedmiotów niezbędnych do życia) uzmysłowiliśmy sobie, że brakowało nam naszych rowerów… Te poczciwe, stare, przyrdzewiałe już trochę, z ograniczoną możliwością hamowania, ale nasze rowery;). No bo co jak co, ale rowerowe epizody w czasie podróży to na palcach jednej ręki można by policzyć…

Po pierwszej przejażdżce nad Rusałkę doszliśmy do wniosku, że skoro lubimy jeździć i w miarę często to robimy, to może czas pomyśleć o nowych dwukołowcach? No i stało się! Bez zbędnych sentymentów „porzuciłam” swój stary rower (pamiętający jeszcze czasy podstawówki!) i przesiadłam się na nowiutki czerwony;) rower

P1110094

Pewnie nie uwierzycie, ale teraz bez problemu doganiam Tomka, a czasem to on mnie musi gonić!!! No, to teraz nie zostaje nam nic innego jak poznawać nowe okolice;) A kiedy jeździ się najlepiej? Kiedy nie znamy terenu, wyjeżdżamy tak daleko jak mamy ochotę w bliżej nieznanym kierunku, a później pomagając sobie jakimś urządzeniem z GPS-em, np. telefonem, próbujemy wrócić do miejsca, w którym zaczęliśmy. Oczywiście to nie sztuka wracać tą samą drogą;).

A od kolejnego wpisu wracamy już do naszych podróżowych wspomnień;)