Ach ten Meksyk…

Typowy stereotyp Meksykanina to starszy mężczyzna, w kapeluszu z dwoma rewolwerami. My przez kilka tygodni próbowaliśmy go znaleźć, ale bez skutku.

Mężczyzna na tym zdjęciu jest najbliższy naszym wyobrażeniom. Wniosek. Tacy Meksykanie to już tylko na filmach.

Kraj ten jest uważany za bardzo niebezpieczny. Przygotowaliśmy się na najgorsze. Kłódki, łańcuchy i ukryte kieszenie okazały się nieprzydatne. Podróżowaliśmy praktycznie wszystkimi środkami transportu i przy zachowaniu podstawowych środków ostrożności (tak jak wszędzie) można się nimi poruszać bezproblemowo.

W Meksyku wszystko toczy się własnym życiem. Jeśli ktoś chce sprzedawać jedzenie wystarczy zrobić kanapki i sprzedawać je na ulicy. Co ciekawe nie funkcjonuje tutaj instytucja sanepidu, a mimo to ludzie nie chorują jedząc w przydrożnych barach czy na ulicy. Sprawdziliśmy to osobiście. Jak się okazuje Meksykanie bardzo dbają o porządek i czystość i to nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, ale także transport, noclegi itp. Metro jest sprzątane na bieżąco, nie ma śmieci i dziwnych zapachów tak dobrze znanych na polskich dworcach… Czasami okazywało się, że największy bałagan w pokoju tworzą nasze rzeczy.

BHP to już inna historia. To pojęcie czysto teoretyczne. Niektóre instalacje elektryczne to istne prowizorki, a mimo to działają. Zabezpieczenia bhp są znikome, albo ich nie ma. No ale to Meksyk – jakoś trzeba sobie dawać radę. I ludzie to robią…

Kolejny stereotyp to bardzo biedne społeczeństwo. Faktycznie widać dużą polaryzację, klasa średnia w zasadzie nie istnieje, a większość nie ma oszczędności. Wynika to jednak ze sposobu życia. Meksykanie wydają wszystko to co zarabiają, bawiąc się, chodząc do restauracji i barów, a także dużo podróżują po Meksyku. Mają ocean, zatokę, góry, pustynie, a nawet piramidy – po co wyjeżdżać za granicę?

To co najbardziej przypominało nam Meksyk to ich luźne podejście do wielu tematów. Przystanek autobusowy jest tam gdzie kiwniesz kierowcy, aby się zatrzymał. A skoro nie ma przystanku to też nie ma rozkładu jazdy – o wszystko trzeba dopytać. Podczas naszego pobytu dowiedzieliśmy się co to meksykańska godzina. Jeśli coś jest zaplanowane na 8.00 to można to zrobić o 9.00, albo później. W niektórych miastach jest kilka dworców autobusowych, z każdego odjeżdżają autobusy w innych kierunkach, a każdy mieszkaniec wskazuje inny dworzec jako ten właściwy.

Im bardziej na południe tym większy „meksyk”. Najbardziej to odczuliśmy przekraczając granicę z Gwatemalą. Nasz bus miał nas odebrać z hotelu o 7.30. Przyjechał chwilę przed 9.00. Po kilku godzinach jazdy korek. Rdzenni Indianie zrobili blokadę głównej drogi. Nie ma możliwości dojazdu do granicy. Przed nami widmo powrotu do hotelu, ale przecież to Meksyk. Nasz kierowca, jak i wielu innych, postanowili urządzić rajd terenowy przez pobliskie wioski. Przejazd do granicy zajął trzy godziny więcej, ale udało się! Dotarliśmy do Gwatemali.

Zdj. Gdzieś w pobliżu granicy Meksyk – Gwatemala

Reklamy

Kanion Sumidero

Jedną z największych atrakcji regionu Chiapas jest kanion Sumidero. Zwiedzanie zaczyna się od miejscowości Chiapa de Corzo. Szybkie rozeznanie okolicy. Jak to w Meksyku: kościoły, garbusy i Indianie sprzedający ręcznie robione pamiątki.

Wreszcie dotarliśmy na przystań. Komplet pasażerów na pokładzie – można zacząć zwiedzanie. Kanion to nie tylko skały, ale także wszystko co go otacza. Już po kilkuset metrach pierwszy krokodyl, potem kolejny i kolejny.

A po drugiej stronie rzeki rybacy łowiący ryby jak gdyby nigdy nic.

Wpływamy do kanionu. Jego ściany w najwyższych miejscach mają nawet 1000 m. Kanion zrobił na nas ogromne wrażenie.

Za górami, za lasami…

Po 13 godzinach jazdy autobusem dotarliśmy na miejsce. Te 650 km trasy okazało się bardziej górzyste i kręte niż mogliśmy sobie wyobrazić. San Cristobal de las Casas to już nasz ostatni przystanek zanim przemieścimy się do Gwatemali.

To meksykańskie miasto położone jest ponad 2000 m n.p.m., dlatego pogoda niekoniecznie rozpieszcza. Trzeba się przygotować na chłodne noce. Za to okolica wyjątkowa. Bardzo blisko, bo niecałe 10 km, znajduje się indiańska wioska San Juan Chamula, która posiada znaczną autonomię. Jej centralnym miejscem jest kościół San Juan (św. Jana).

Przyciąga on tłumy turystów z całego świata, ale przede wszystkim z Meksyku. Dlaczego? Ponieważ panuje w nim niepowtarzalna atmosfera, odmienna od wszystkich innych znanych kościołów. Aby to poczuć nie wystarczy tylko wejść, obejrzeć kościół i wyjść. Trzeba przystanąć lub przysiąść na chwilę. Wtedy zobaczymy i poczujemy więcej. Cała podłoga pokryta jest trawą czy może bardziej sosnowym igliwiem. Kościół wypełniony jest charakterystycznym zapachem sosny, kadzideł i palonych świeczek. Nie ma ołtarza, a dookoła za szybami umieszczone są postacie świętych, do których modlą się wierni. Nie są odprawiane msze. Każdy kto chce się pomodlić, o coś poprosić przychodzi tutaj, odgarnia igliwie i zapala świeczki na podłodze kościoła. To taki trochę pomieszany zwyczaj pogański i chrześcijański. W kościele oraz podczas uroczystości nie wolno robić zdjęć. By sfotografować mieszkańców wioski, rdzennych Indian, zawsze należy prosić o pozwolenie – rzadko się je otrzymuje.

W wiosce nie obowiązuje prawo meksykańskie, ale ich własne. Robienie zdjęć z ukrycia może się skończyć nawet obrzuceniem fotografa kamieniami. Praktycznie wszystko co można tutaj kupić jest ręcznie robione przez Indian, a przy tym bardzo kolorowe.

Przebywając w wiosce widać, że stała się ona popularnym miejscem turystycznym. Wszystko co tu widzimy, podobno w Gwatemali jest codziennością. Pojedziemy, sprawdzimy, napiszemy…

Meksykański Bałtyk

Chcąc nabrać sił przed dalszą podróżą wybraliśmy się na południe. Wybór padł na Puerto Escondido. To prawie jakbyśmy chcieli jechać nad taki polski Bałtyk, tylko że nad Pacyfikiem, temperatura powietrza +32 st.C/ wody +28 st.C. Prawie robi różnicę…

Jak się okazało jest to raj dla surferów – kilkumetrowe fale każdego popołudnia przyciągają dziesiątki osób z deskami. Nas jednak aż tak bardzo to nie cieszyło, gdyż wysokie fale utrudniały wejście i wyjście z wody. Ale przynajmniej było zabawnie..:)

Puerto Escondido, a raczej hostel w jakim nocowaliśmy okazał się bardzo ciekawym miejscem. Mimo, iż było poza sezonem, a w miasteczku i innych hostelach widać było pustki, u nas zawsze był komplet. Ściągają tutaj backpackersi z całego świata tworząc niepowtarzalny klimat. Nowi ludzie i niecodzienne historie rozbrzmiewały każdego wieczora w tutejszym barze. A że nasz pokój był naprzeciw baru to z naszego wypoczynku niewiele wyszło. Oczywiście pozytywnie…:)

Co ciekawe pierwszego dnia na pięciu spotkanych tam Australijczyków, aż czterech z nich było w Polsce. A gdzie? W Krakowie. Inne miasta powinny brać przykład…

Miejsce, gdzie ludzie stają się bogami..

Prekolumbijskie Teotihuacan w języku nahuatl znaczy „miejsce, gdzie ludzie stają się bogami”. Miasto zbudowane przez olbrzymów „Quinametin”, którzy według legendy mieli żyć przed pojawieniem się ludzi i zginąć podczas wielkiej katastrofy. Susza, walka wewnętrzna czy też epidemia? Do dziś nie znamy przyczyny dlaczego tak potężne miasto, które zostało założone w latach 100 p.n.e. i miało duży wpływ na kulturę, handel i architekturę znaczącej części starożytnego Meksyku, nagle zostało opuszczone. Niewiele także wiemy o jego mieszkańcach. Szacuje się, iż w czasach swojej świetności w latach 350-650 n.e. zamieszkiwało je ok 200.000 osób.

Teotihuacan położony jest na wysokości ok 2300 m n.p.m., niegdyś na wyspie na środku jeziora, po którym dziś już nie ma śladu. Kompleks zbudowany jest na planie szachownicy wzdłuż Alei Zmarłych szerokiej na 40 m i długiej na prawie 2 km. Wokół znajdowały się zespoły świątyń, place zgromadzeń oraz duże obszary rezydencjalne. Dwie największe, a zarazem najstarsze budowle to Piramida Księżyca o wymiarach podstawy 150 x 120 m i wysokości 43 m oraz Piramida Słońca o wymiarach 225 x 207 m i wysokości 65 m.

My do Teotihuacan wybraliśmy się z rana. Miał to być ciepły, słoneczny dzień – jakieś 30 st.C. Na miejsce dotarliśmy przed 10.00, ale niestety okazało się, że jest zimno i pochmurnie. Wejście do kompleksu nie zrobiło na nas wrażenia.

Po przemierzeniu całej Alei Zmarłych okazało się jednak, że piramidy są ogromne i… najpierw trzeba na nie wejść

a potem co gorsza jeszcze zejść…

Najważniejsze, że się udało:) Byliśmy na piramidzie!