Turystyczne buraki

Są dwie opcje: abo jesteśmy dziwni, albo coś tu się nam nie zgadza… Chodząc po górach (jeszcze w Polsce) zasada jest taka, że gdy kogoś mijamy to mówimy cześć, dzień dobry itp. Jak się okazało w ciągu naszej podróży, ta reguła działa mniej więcej wszędzie na świecie. No właśnie mniej więcej, bo w Nowej Zelandii jakoś nie… Podczas pierwszego trekkingu myśleliśmy, że może na jakiś dziwnych ludzi trafiliśmy po drodze. Może nigdy nie byli zwolennikami pieszych wędrówek górskich, a że w tym kraju miast zwiedzać nie warto, to z braku innej opcji postanowili się trochę powspinać. No ale żeby samych „cywili” tylko spotykać? I to przez całe 4 tygodnie?! Coś nam tu nie grało… I zauważyliśmy pewną zasadę – mijamy rodowitych Nowozelandczyków i od razu słyszymy Hello, how are u? Często nawet standardowe powitanie zamienia się w kilkuminutową rozmowę (stąd wiemy, że to tubylcy;). I tak poznaliśmy całkiem sporą grupę Nowozelandczyków miłych, uśmiechniętych, skorych do pomocy. Ale reszta turystów… Gdyby celem naszego wyjazdu było np. przeprowadzenie badań odnośnie turystów na różnych kontynentach, to mielibyśmy duży problem… No bo ile razy można spotykając kogoś zagadywać go, a tu zero odzewu? Bądźmy szczerzy, nam też się w pewnym momencie znudziło to i chcieliśmy sobie nawet odpuścić te grzecznościową gadkę. Ale stwierdziliśmy, że nie będziemy tacy jak reszta, nie dołączymy do grona turystycznych buraków.

Wiemy, że do Nowej Zelandii nie leci się na imprezy, czy żeby poznać ludzi, ale żeby zaraz ograniczać się tylko do widoków? No cóż, do tego ostatniego zastrzeżeń nie mamy;).

Nowa Zelandia, Kepler track 130412 P1080978 Nowa Zelandia Mount Cook

Reklamy

Kolumbiana

Kawa dla jednych jest przysmakiem, dla innych czymś czego nie tkną, a dla większości z nas trunkiem dnia powszedniego. Bez niej często nie potrafimy dotrwać do końca dnia.

Większość ludzi twierdzi, że z ekspresu smakuje najlepiej. Podobno dzieje się tak za sprawą wysokiego ciśnienia pod jakim parzona jest kawa. A co jeśli nie mamy ekspresu? Pozostaje nam opcja alternatywna, która niekiedy i tak z ekspresem wygrywa. My z tym typem parzenia kawy spotkaliśmy się w Kolumbii, więc nazwaliśmy ją po prostu “Kolumbiana”.

Sposób jest banalny. Do garnka wlewacie wodę i wsypujecie kawę. Proporcje są takie, aby na jeden kubek/ szklankę wody przypadała łyżka stołowa kawy. Całość podgrzewacie na małym ogniu. Gdy woda się zagotuje podgrzewacie nadal przez minutę, aby wydobyć silniejszy smak kawy. Gotujcie na małym ogniu, bo na dużym kawa może wykipieć i szorowanie kuchenki macie gratis. Później odczekajcie chwilę aż opadną fusy i można nalewać.

Jeśli jeszcze tego nie próbowaliście to sprawdźcie czy kawa, którą pijacie na co dzień zmieni smak i czy Wam też uda się znaleźć w niej ten głęboko ukryty aromat.

Smacznego 🙂