Blog roku :)

Właśnie wpadł nam, całkiem przypadkowo, spontaniczny pomysł na zgłoszenie naszego blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Ot tak bez zastanawiania się czy mamy jakiekolwiek szanse, czy nasz blog zdobędzie tytuł, wyróżnienie czy otrzyma jakiekolwiek głosy. Stało się…

Jeszcze nie wiemy jak głosować, nie przeczytaliśmy całego regulaminu, za chwilę uciekamy na autobus, w którym spędzimy najbliższe 20 godzin (w końcu opuszczamy Ekwador i jedziemy do Peru :)), ale jak tylko będziemy coś wiedzieć damy znać.

http://blogroku.pl/2012/kategorie/na-kol-cu-l-wiata,vg,blog.html

RTW 130104 konkurs

Reklamy

Piekło – niebo

Czy pamiętacie tę starą papierową grę piekło-niebo? Była banalnie prosta w wykonaniu, a sprawiała niesamowicie wiele radości. Dzieciaki potrafiły w nią grać całe lekcje. I zawsze miało się 50% szans. Tak też byśmy podsumowali w jednym zdaniu naszą podróż łodzią z Panamy do Kolumbii przez przepiękne wyspy San Blas. Z tym, że tutaj takie szanse były od początku wpisane w kontrakt, a raczej w podział wycieczki na dwie części.

Pierwsza zaczęła się bardzo niewinnie, choć bardzo wcześnie. Punktualnie o 5.00 rano podjechało pod nasz hostel auto terenowe. Zastanawialiśmy się po co im auta 4×4, by dowieźć nas do portu. Na myśl przychodziła nam tylko chęć sprzedania droższego transportu, niż zwyczajnym mikrobusem. Dopiero po dotarciu do rezerwatu przyrody, gdzie momentami brakowało asfaltu, a w końcowej części nie było już go w ogóle, zrozumieliśmy sens aut z napędem na cztery koła.

Teraz tylko przesiadka na łódź i zaczynamy podróż. Nasz błyszczący w słońcu katamaran prezentował się bardzo okazale. I taki był. Ale to nie on zrobił na nas największe wrażenie. Okazało się, że wzdłuż Panamy znajduje się 365 małych wysepek, z których każda wyglądała jak ta z folderu biura podróży. Hura wykrzyknąłem! W końcu trafiliśmy na te właściwe Karaiby:) To tutaj biały niczym śnieg piasek, delikatnie otula stopy muskając końce palców. To tutaj wyrastają pochylone palmy wygięte wpół, niczym wizytówka tego miejsca na błękitnym niebie. To tutaj woda ma taką przejrzystość, że prawie widać każde ziarenko piasku na dnie. I to tutaj nikt nie chce bezchmurnego nieba. Dlaczego? Bo jest wtedy tak piekielnie gorąco, że nie wiadomo co ze sobą zrobić. Uwierzcie nam, że lepiej gdy niebo jest zachmurzone.

P1000307P1000089Uroku dodaje wyspom obecność Indian Kuna Yala, dla których czas jakby zatrzymał się w miejscu kilkadziesiąt lat temu. Ich głównym środkiem transportu jest łódź. Żyją z połowu ryb lub z uprawy kokosów, które rosną na większości wysp. Szkoda tylko, że nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa, bo cywilizacja wchłania ich powoli, ale systematycznie.

P1000438

A gdzie w tym wszystkim druga część podróży? Ta zaczyna się zaraz po wypłynięciu na otwarte morze. Żegluje się nieprzerwanie prawie dwa dni. I jeśli ktoś uważa, że nie ma choroby morskiej to zapraszam na taką wycieczkę. Wszyscy odczuwali jej skutki, mniej lub bardziej, ale nie ominęła nikogo. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy patrzyliśmy na kapitana, który tak jak i my tylko leżał i nie mógł nic zjeść. Był to bardzo ciekawy widok. Dobrze, że łódź miała auto pilota:-)

Pieniądze to nie wszystko

Podróżując przez Amerykę Łacińską odwykliśmy od widoku ucywilizowanych miast, wszędobylskich wieżowców, kilkupasmowych ulic. Myśleliśmy, że trudno będzie rozpoznać to miasto. A okazuje się, że jest to oczywista oczywistość :). Faktycznie, byliśmy w Panama City.

Podobno jest to najbezpieczniejsza stolica całej Ameryki Łacińskiej, ale jak każde duże miasto ma dzielnice, do których lepiej się nie wybierać. Jedna z takich dzielnic znajduje się tuż przy starym rynku i widać dokładnie gdzie się zaczyna. Panama nie jest turystycznym miejscem, ale coś w tym temacie zaczyna się dziać. Nieśmiałe ruchy w postaci odbudowy rynku czy budowy deptaku wzdłuż zatoki to jednak jeszcze trochę za mało, aby przyciągnąć turystów. Ale też nikt tutaj o to nie zabiega. A dlaczego?

IMG_8448Po co ktoś ma sobie zawracać głowę turystami, skoro Panama od jakiegoś czasu żyje z opłat za Kanał Panamski? Przynosi on zyski w wysokości ok 1 mld $ (średnia opłata za statek to 50.000 – 80.000 $!), a już niedługo zostanie oddany do użytku nowy, zmodernizowany kanał, który zwiększy te wpływy. Ciekawe? Hm… a wiecie, że aby przepłynąć kanał trzeba pokonać kilkunastometrową różnicę poziomów wody? Nasze umysły tego jeszcze nie pojęły, ale inżynierowie którzy projektowali kanał wiedzieli to już na początku XX. Nikt natomiast nie przewidział, że przy jego budowie śmierć poniesie aż 25.000 robotników.  Kanał zrobił na nas niesamowite wrażenie. Nawet Jola, która jest typową humanistką, była zdziwiona w jaki sposób to wszystko działa. Mieszkańcy twierdzą, że kanał dla Panamy jest tym czym wieża Eiffla dla Paryża. Nikt nam tego nie mówił na lekcjach historii:-)

IMG_8799A jeśli zastanawiacie się co tutaj można robić to odpowiedź jest prosta. Zakładać biznes i nieźle żyć. A jak to zrobić? Najpierw trzeba zdać patent, aby można było żeglować łódką po otwartym morzu, następnie trzeba kupić lub wynająć łódź. Potem wystarczy przypłynąć tutaj i przewozić turystów pomiędzy Panamą i Kolumbią. Sukces murowany. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – do Kolumbii nie można dojechać autobusem. Brakuje jakieś 120 km drogi przez najbardziej malaryczną dżunglę świata, osady partyzantów i Indian nie do końca przyjaźnie nastawionych w stosunku do obcych, czyli tzw. Darien Gap. Ponoć komuś się udało przejechać tę trasę samochodem, ale nie wiemy ilu osobom się to nie udało. Czasami lepiej żyć w niewiedzy. Przedostać się z Panamy do Kolumbii można więc tylko samolotem lub statkiem. Pomimo, iż ta druga opcja nie należy do najtańszych, jest tylu chętnych, że będąc poza sezonem na taką łódź trzeba czekać. I czekać. My mieliśmy szczęście, bo czekaliśmy tylko tydzień;)

Zgadnijcie, gdzie jesteśmy?

Ostatnio bywaliśmy w wielu ciekawych miejscach. Zazwyczaj były to tereny, gdzie głównie obcowaliśmy z naturą – rzeki, wulkany, wyspy, parki…

Tym razem postanowiliśmy zmienić otoczenie i wrócić do „cywilizacji” 😉 Zmodyfikowaliśmy trochę nasze plany, by odwiedzić pewne miasto…

To co, kto zgadnie gdzie teraz jesteśmy?

 

 

Zróbmy coś…

Tym razem granicę przekraczamy nieco inaczej. Postanowiliśmy udać się do Kostaryki płynąc rzeką Rio Frio. Podróż od granicy z Nikaraguą zajmuje niecałą godzinę, ale po drodze można podziwiać otaczającą przyrodę i pobliskie domostwa. To właśnie one zaburzyły naszą wizję Kostaryki, jako jednego z bogatszych krajów Ameryki Środkowej.


Teraz jeszcze tylko znaleźć jakiś autobus i będziemy na miejscu. Ale to już nie jest takie proste, bo na dworcu nie ma rozkładu jazdy, a autobusy kursują „elastycznie” –  jak przyjedzie to będzie;) ( w Nikaragui przywykliśmy do tego, że w najgorszym wypadku mieszkańcy wiedzieli, który autobus dokąd i o której jedzie). Po godzinie przyjechał. Teraz już tylko 100 km i jesteśmy w miejscowości La Fortuna. Tylko, że ten dystans autobus pokonuje w kilka, a dokładniej w  cztery godziny, bo bez przerwy zatrzymuje się zabierając i wysadzając ludzi. Ścisk przy tym niemiłosierny. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, jaka jest różnica pomiędzy „chickenbusami”, a autobusami w Kostaryce, no może poza wyglądem i ceną…


No nic, ale koniec narzekania. Kostaryka ma do zaoferowania turystom bardzo dużo atrakcji. Jej parki narodowe, często położone wokół wulkanów, to istne manufaktury rozrywki. Wielogodzinny trekking dla odważnych, wycieczki autokarowe dla leniwych, canopy tour czyli tyrolki dla osób lubiących adrenalinę, wejścia i zejścia po linach dla mających lęk wysokości, farmy krokodyli czy podziwianie ptaków dla miłośników przyrody. Wymieniać można bez końca, a wszystko po to, aby turyści żądni wrażeń mogli aktywnie spędzić każdą chwilę. I z tego właśnie słynie Kostaryka. Na każdym kroku widać, że turystyka króluje tutaj od wielu lat, a wszystkie atrakcje są perfekcyjnie przygotowane. My też sobie nie odmówiliśmy odrobiny szaleństwa zakończonego w basenie z gorącą wodą podgrzewaną przez pobliski wulkan.

Tylko nie wiemy dlaczego to wszystko jest tutaj takie drogie. Nie tylko wszelkiego rodzaju atrakcje, ale również jedzenie i życie. Ale jeśli masz zbędne 2000 $ i dwa tygodnie urlopu to w Kostaryce na pewno nie będziesz się nudził. Acha, no i  wydasz wszystko co do grosza:-)

Ps. Zostaw sobie żelazny zapas, żeby było za co wrócić na lotnisko!