Mamy konto na FB – co to się porobiło?

W dzisiejszych czasach mawia się, iż jeśli kogoś nie ma na FB to nie istnieje. I my do tej pory nie istnieliśmy. Aż do teraz. Mamy konto na FB – co to się porobiło? Normalnie koniec świata 🙂

Nasze konto na FB

My już wróciliśmy do Polski, ale nasze zdjęcia i blog pozostały trochę w tyle. Obiecaliśmy to  nadrobić i nadrabiamy. Na początek zmieniliśmy zdjęcia na normalne, a nie dotychczasowe imitacje. Możecie na nie spojrzeć jeszcze raz (linki do zmienionych galerii poniżej). A nowe wpisy już niedługo, na dniach…

Reklamy

Nowozelandzki punkt widokowy

Pierwsze dni w Nowej Zelandii uciekły nam tak szybko, że nawet tego nie zauważyliśmy. Nim się zorientowaliśmy byliśmy już na promie udając się na południową wyspę.

Na prom wjechaliśmy trochę zaspani, bardzo powoli budząc się do życia. Delikatne kołysanie statku uatrakcyjniały od czasu do czasu pojawiające się dookoła, podróżujące jakby z nami, delfiny. Sił na kolejny dzień dodało nam słońce, które pojawiło się na niebie z taką energią, że przejęliśmy jej trochę. I dobrze, bo już chwilę później na horyzoncie pojawiły się fiordy, a nasz statek manewrował pomiędzy nimi ze szwajcarską precyzją. Podziwiać je zresztą mogliśmy także z lądu, podczas naszego pierwszego obiadu na południowej wyspie. Sceneria była tak malownicza, że chcieliśmy zostać tutaj dłużej.

130403 P1070951

Ale brutalna rzeczywistość nie pozostawiała wątpliwości – musimy jechać dalej. By dojechać z Picton do Nelson do wyboru mieliśmy dwie drogi. Jedna z nich to główny szlak komunikacyjny, a druga to niewielka górska droga oznaczona jako „scenic road”, czyli widokowa trasa. Wybór był oczywisty. Najwyżej pojedziemy dłużej. I dłużej jechaliśmy, bo za każdym zakrętem czekał na nas niby ten sam widok, ale jednak zupełnie inny. I każdy następny wydawał się jeszcze bardziej interesujący i ciekawszy. I jak tutaj się nie zatrzymać, nie zrobić zdjęcia? Po prostu się nie da.

A do tego po drodze co jakiś czas widzieliśmy znak „lookout” albo „viewpoint”, czyli punkty widokowe. Raz stwierdziliśmy, że odbijemy z trasy te kilkaset metrów i zobaczymy jak wygląda. Okazało się, że zarówno ten jak i każdy następny punkt widokowy wyglądały tak rewelacyjnie, że postanowiliśmy zatrzymywać się na każdym z nich, nawet jeśli musieliśmy odbić z naszej trasy. Uwierzcie nam, inaczej się nie da:-) .

Prawda jest taka, że w Europie i Ameryce Południowej byliśmy przyzwyczajeni, że z byle jakiego miejsca robi się atrakcję turystyczną przypinając jej etykietkę punktu widokowego itp. Może w tym przypadku zastosowano tę samą metodę, ale z piorunująco dobrym skutkiem – jak na Nową Zelandię przystało.

130403 wpid-img_20130508_1901571

GALERIA

Szalone jajka…

W podróż jakiś czas temu się wybraliśmy,
Tym razem w Nowej Zelandii zlądowaliśmy.

I skoro tutaj Wielkanoc przyszło obchodzić,
Postanowiliśmy tradycyjnie się nie głodzić.

Szalonego zająca wszędzie w okolicy szukaliśmy,
Ale tylko zakręcone jajka znaleźliśmy i ugotowaliśmy 🙂

I gdybyśmy opóźnienia z wpisami nadrobili,
To byśmy życzenia na stronie umieścili.

A tak teraz tylko zdjęcia dodajemy,
Jak sobie nasze śniadanko szykujemy.

image

image

Plan idealny

Do podróżowania w Nowej Zelandii przygotowaliśmy się najlepiej jak to możliwe. Tym razem postanowiliśmy nie korzystać z żadnego przewodnika, a jedynie z informacji otrzymanych od znajomych. Dwa dni przed wylotem mieliśmy także szczęście spotkać francuską parę, która właśnie przyleciała z Nowej Zelandii. Podpowiedzieli nam wiele rzeczy i wskazali kolejne miejsca, do których można pojechać. Takim też sposobem powstał plan idealny 🙂 .

W Nowej Zelandii mieliśmy spędzić tylko trzy tygodnie, jak się okazało o jakieś trzy za mało. Ale mieliśmy nasz plan, z wypisanym z niemiecką precyzją każdym punktem i każdym miejscem jakie mieliśmy odwiedzić. I tak też pierwszy dzień odebraliśmy auto i pojechaliśmy na półwysep Coromandel. Kolejnego dnia zwiedziliśmy pobliskie plaże i udaliśmy się do słynnych jaskiń w okolicach Waitamo. Dotarliśmy tam o 24.00, krótki sen, pobudka o 7.00, śniadanie, kupno biletów, zwiedzanie jaskiń. Później jazda do jeziora Taupo, przypadkowy obiad i zwiedzanie okolicy. Kolejny krótki sen, pobudka o 5.00, bo w planie dzisiaj mamy treking.  Po drodze jeszcze wschód słońca, później  dziesięciogodzinny treking (czy było warto zobaczcie zdjęcia :-), kawa i jazda 300 km do Wellington na prom. Dotarliśmy tam po 1.00 w nocy, kupiliśmy bilety, a że mieli darmowy i dostępny internet, ba nawet zasilanie 230V (co dla nas w Nowej Zelandii nie było tak oczywiste), nie mogliśmy się oprzeć pokusie by sprawdzić pocztę itp. i zrobiła się 2.00. Prom mamy o 7.45, ale trzeba jeszcze znaleźć miejsce na nocleg…

130330 IMG_3691

Tak właśnie wyglądały nasze pierwsze dni na wyspie. Przypomina to trochę wycieczkę organizowaną przez biura podróży, czyli tzw. cały kraj/ świat w kilka dni. Tylko jak długo tak można i po co ten cały bieg? Albo zwiedzamy i mamy z tego frajdę albo zapier… Chwila refleksji i szybkie przebukowanie biletów, aby zostać w Nowej Zelandii trochę dłużej – udało się, o dziwo nawet całkiem bezboleśnie 🙂

Nasz plan jednak był tak idealny, że nie obejmował złej pogody, tak drobnych spraw jak zrobienie zakupów, ugotowanie i zjedzenie czegokolwiek, nie wspominając już o pokonaniu dystansu pomiędzy wyznaczonymi punktami. Jak widać po raz kolejny teoria odbiega trochę od praktyki…

GALERIA

Do you speak Englisch?

Podróż po Ameryce Centralnej i Południowej bez znajomości hiszpańskiego może i jest możliwa, ale jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. Tym bardziej w mniej turystycznych miejscach, choć tak naprawdę mało kto mówi tam po angielsku. Jola znała podstawy hiszpańskiego, więc od samego początku i to nawet całkiem nieźle potrafiła się porozumiewać. Ja początkowo mówiłem tylko „no, no gracias”… Teraz już wiem, jak czują się wszyscy za granicami kraju kiedy znają tylko polski i nie mają bladego pojęcia co kto do nich mówi. A nie zawsze idzie wszystko załatwić gestykulując…

I choć każdy z nas zrobił duży postęp przez te pół roku w hiszpańskim, bardzo się cieszyliśmy, że w Nowej Zelandii będziemy mogli się porozumiewać po angielsku. Tym bardziej, że języka tego uczymy się od wielu lat i rozmawiamy raczej płynnie. Nareszcie z każdym mieszkańcem będzie można porozmawiać o tym jak wygląda sytuacja w kraju, z czym mają problemy i co ich trapi. Teoretycznie…

Bo w praktyce, zwłasza początkowo, okazywało się że niewiele rozumiemy! A czasami Nowozelandczycy nie rozumieli nas… Wiele razy na campingach zagadywali do nas lokalni ludzie, ale po tym jak kazaliśmy im powtórzyć trzy razy to samo i nadal nie wiedzieliśmy o co chodzi, nie zostało nam nic innego jak tylko się uśmiechać i przytakiwać. Kurde, a miało być tak pięknie…

Jak się później okazało Nowozelandczycy mówią z silnym akcentem przypominającym szkocki, a który trudno zrozumieć. Rozmowa wygląda więc w ten sposób, że my mówimy po angielsku, a oni po angielszku lub odwrotnie. Gdy zaczęli używać zupełnie innych określeń na znane nam słowa, już myśleliśmy, że poświęcony czas i pieniądze, że lata nauki gramatyki i słownictwa oraz szlifowania wymowy poszły na marne i… , że będziemy musieli uczyć się angielskiego od nowa. Na szczęście okazało się, że przeszkodą nie są nasze umiejętności lingwistyczne, ale nowozelandzki język… Jest to odmiana angielskiego, ale z innym akcentem i naleciałościami z języka maoryskiego. Uff, trochę nam ulżyło. Szkoda tylko, że to nie będzie takie proste, by sobie porozmawiać z mieszkańcami tego pięknego kraju.