Po tym jak Cartagena zrobiła na nas niesamowite wrażenie, postanowiliśmy udać się na północ Kolumbii.
Już sama trasa zaskoczyła nas widokiem plantacji bananów, które czasem ciągnęły się aż po horyzont. Miejsca te są zwane “bananerami”, a owoce rosną tutaj owinięte w foliowe worki. Zabezpieczają one banany przed słońcem i owadami, a także nie pozwalają im zbyt wcześnie dojrzeć. Jeden z większych producentów bananów w Kolumbii ma nawet swoją własną flotę okrętów, którymi transportuje je np. do Europy! A tutaj banany zwyczajnie dojrzewają na drzewach, potem się je zrywa i sprzedaje przy drodze.
Droga na wybrzeże minęła nam niesamowicie szybko, bo w autobusach w Kolumbii nie panuje grobowa cisza, jaką znamy z europejskich środków transportu. Muzyka towarzyszyła nam od początku aż do końca naszej podróży. A jaka muzyka? Posłuchajcie sami!
Wreszcie dotarliśmy do niewielkiej miejscowości Palomino. Jest ono jeszcze niezbyt popularne, a dzięki temu niezniszczone przez turystów. My czuliśmy się tutaj jak na prywatnej plaży. Uroku dodawał też fakt, że nocowaliśmy w hamakach, a szum morza kołysał nas do snu. Zauroczeni takim krajobrazem zostaliśmy tutaj nieco dłużej, niż planowaliśmy;)
Odpoczywając po zachodzie słońca na leżakach na plaży, zobaczyliśmy nagle jakiś czerwony punkt na horyzoncie. Robił się coraz jaśniejszy i większy. Zastanawialiśmy się czy to jakiś samolot czy może ufo. To ostatnie było wielce prawdopodobne, bo tajemniczy punkt z każdą minutą powiększał się dwukrotnie, a w pewnym momencie zaczął rozświetlać wszystko dookoła. Na szczęście okazało się, że mieliśmy okazję zobaczyć wschód księżyca.
Kolejne dni spędziliśmy w znajdującym się niedaleko Parku Tayrona. Jest to ogromny obszar przylegający do Morza Karaibskiego. Po przedarciu się przez dżunglę, pojawiają się przed nami nie tylko plaże, ale także ogromne kamienie, które nadają temu miejscu uroku.
W niektórych miejscach, przy dobrej pogodzie, stojąc na plaży w ponad trzydziestostopniowym upale widzimy przed sobą dżunglę, a za nią niespełna 30 km dalej góry. Szczyty sięgają prawie 6000 m n.p.m. i pokryte są śniegiem. Niesamowity widok…
I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jeden mały szczegół. Wszystkie przewodniki, wszystkie wpisy w internecie i wszyscy spotkani ludzie podkreślają, że w parku i jego okolicach nie ma bankomatów, a ceny są dość wysokie… No i co zrobiliśmy? Stojąc przed wejściem do parku zorientowaliśmy się, że mamy w portfelu 200 000 pesos (jakieś 110 dolarów), a chcieliśmy tam zostać co najmniej dwie noce. No to co robimy? Nie pozostało nam nic innego, jak tylko poszukać najtańszego noclegu (czytaj najtańszego hamaka), a później bardzo budżetowej knajpki. Na śniadanie sucharki z wodą, a na obiad ryż z warzywami. Zapasy gotówki topniały niczym deser lodowy wystawiony na słońce. Wyczyściliśmy je prawie do zera. Wróciliśmy do hostelu w Santa Marta mając w kieszeni jakieś 100 peso czyli właściwie nic, ale zadowoleni z siebie, że zrealizowaliśmy swój plan. Co prawda, w pozostaniu w tym parku tak długo jak zamierzaliśmy, pomogło nam jedno miejsce, gdzie za hamaki można płacić kartą. To nic że były dwa razy droższe od poprzednich. Dzięki temu nie spaliśmy pod gołym niebem w środku dżungli…
Fajne te łóżka polowe…:)
A jak fajnie się na nich śpi kiedy zgasną wszystkie światła, a od dżungli oddziela Cię tylko ta moskitiera…:)